Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanon. Pokaż wszystkie posty

26 listopada 2017

Kanoniczna córka Voldemorta

Siemka, nieznajomi! Wreszcie znalazłam chwilę, która nie wydawałaby się zmarnowaną, gdyby spędzić ją na pisaniu Zbrodni, tak więc jestem i próbuję odnaleźć swój styl i humor sprzed miesięcy; uprzedzam, że może nie wyjść. (Na tę specjalną okazję, żeby uniknąć głupich wpadek, załatwiłam betę, Pirat, która kiedyś coś tu dla was naskrobała). Chociaż zdecydowanie nie nazwałabym tego bloga dumnie zakończonym projektem, jako że mam tu jeszcze parę rzeczy do opracowania, odczuwam sporą satysfakcję wynikającą z ilości i (powiedzmy: często) jakości znajdujących się tu materiałów, dlatego też gorzej u mnie z motywacją do kontynuacji bloga. Co wcale nie oznacza, że to dobry argument za tak długą przerwą – wybaczcie mi, miętkiemu wrażliwiątku. (Ale przyznajcie, aż wstyd tak porzucić blożka bez wypowiedzenia się na temat z rodziny Klasyków w fandomie potterowskim, prawda? Odezwało się we mnie poczucie obowiązku, przyznam). 
(© MitsouParker)
Chyba nikogo nie zaskoczę prostym stwierdzeniem, że najczęściej spadek po nad wyraz płodnym papie Voldemorcie dostaje się naszej ukochanej Hermionie Gra… tfu, Hermionie Riddle. Jasne, na milion dark!Hermione trafi się parę zagubionych czy złych do szpiku kości Ginny, imponująca garstka oryginalnych postaci, niemniej w fandomie to Hermiona zawsze wiodła prym i wieść będzie. W tym miejscu z pewnością znajdzie się ktoś, kto miał zupełnie inne doświadczenia niż ja: na odwrót, spotkał więcej OC Riddle niż Hermion i Ginny razem wziętych, jednak poświęćmy ten niedzielny moment na zastanowienie się, czy w sumie jest jakakolwiek różnica między najbardziej typową Hermioną Riddle a OC w tej samej roli? No właśnie. Niby wyróżnia się dwa typy córek Voldemorta, ale w gruncie rzeczy nieważne, czy za imię Hermiony podstawimy imię OC i na odwrót – w dziewięciu przypadkach na dziesięć otrzymamy niemalże jednakowy rezultat charakterologiczny. Dobra dobrej równa, zła złej też, nawet wątki poboczne często są do siebie zbliżone, a wcale nierzadko się pokrywają. (Co, jakby nie patrzeć, jest dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że w przeciwieństwie do większości schematów ten pozostawia dość szerokie pole do popisu dla kreatywności autorów, którym choć odrobinę powinno zależeć na zgarnięciu paru punkcików w kategorii: oryginalność).

22 stycznia 2017

Gwałt – przemoc jako zalążek uczucia

Hej ho, hej ho, do Hogwartu by się szło!
Tak, dziś trochę poważniej – dwa tygodnie temu podokuczaliśmy Demonicznemu Ronaldowi, zatem trzeba jakoś zrekompensować te wszystkie śmiechy i chichy, nie ma co. Z pewnością zetknęliście się z tym zjawiskiem, przecież ostatnimi czasy wszędzie da się natrafić na magiczne słowa „przemoc wobec kobiet”, a słowa te są używane najczęściej w odniesieniu do produkcji filmowych czy serialowych. Niezależnie od tego, jaką ma się na ten temat opinię, myślę, że jest to rzecz dość istotna właśnie dla blogosfery, właśnie dla fanfików potterowskich, dlatego dzisiejszą niedzielę spędzimy na zmaganiu się z tym odwiecznym narzędziu fabularnym.
(© nokeek)
Nie wiem, jak Merlina kocham, naprawdę nie wiem, jak to się stało, że Zbrodnie mają już ponad pół roku, a mnie do niedawna nie zaświtało nic na temat gwałtu w tekstach początkujących (albo leniwych) autorów. To plaga, która na różne sposoby sieje spustoszenie w tekstach o najróżniejszej maści – nieważny jest gatunek, pairing, nieważne, czy to slash, czy nie. Ta tematyka była poruszana na Zbrodniach parokrotnie, w różnych postach, jednak – jako że dostaje cały post na własność – wypadałoby wszystko rozpisać i podsumować, więc wybaczcie, jeżeli w niektórych miejscach się powtórzę.
  Czy tego chcemy, czy nie – pewnych rejonach blogosfery gwałt pozostaje najczęściej używanym środkiem, który ma wprawić w ruch późniejsze wydarzenia, a nic innego się nie liczy – jednak zacznijmy od początku. Jakie są najczęstsze powody wprowadzenia do fabuły tego wątku? To pytanie stało się dla mnie wręcz retoryczne, jednak odpowiedzi jest więcej niż jedna, ta najbardziej oczywista. (I tutaj zaznaczę, że podawane przykłady odnoszą się do slashu jak i pary heteroseksualnej, jednak slash jest tu tematem gościnnym, więc posłużymy się przykładem pary hetero). Rzecz jasna wywołanie tak tragicznego wydarzenia ma na celu skłonienie przeznaczonych sobie bohaterów do zbliżenia, głównie emocjonalnego (czasem nawet fizycznego, tak, niekiedy zaraz po próbie albo akcie gwałtu), ale sporą rolę odgrywają też inne czynniki: gwałt ma być dla ukochanego katalizatorem, który wyzwala w nim spore pokłady opiekuńczości; w tekście odgrywa rolę usprawiedliwienia dla zakotwiczenia akcji jedynie w relacjach parowanych postaci (fabuła opierająca się jedynie na ich interakcjach, na coraz częstszych czy nieustających kontaktach ze sobą nawzajem); służy jako fundament dla wątku „odzyskiwania zaufania wobec mężczyzn”, wliczając w to grono również ukochanego (próby zwalczenia (nie zawsze za obopólną zgodą) awersji przed dotykiem, który może przywoływać niechciane wspomnienia, wyciąganie (często na siłę) zwierzeń ze strony ofiary, problematyka kontynuowania związku z ofiarą gwałtu (na płaszczyźnie emocjonalnej, jak i fizycznej)); służy też do… swoistego urzeczywistnienia tekstu, sprawienia, żeby wydawał się „życiowy”; dość kluczową rolę odgrywa tu też zainteresowanie dorastających autorów cięższą tematyką (problemów czy schorzeń psychicznych, skłonności samobójczych, samookaleczania itd.), a także sprzężone z tym romantyzowanie zaburzeń, traum czy trudnych przejść.

8 stycznia 2017

Demoniczny Ronald oraz jego idiotyczne Ja

Hej, haj, helloł w roku 2017! Jesteśmy o kolejne 365 dni bliżej śmierci, jeee!
W tym tygodniu porozmawiamy o czymś, na co wielu z czytelników czekało z utęsknieniem, a co ja odkładałam na później przez już ponad dwa miesiące pół roku (tak, wersja robocza tego posta powstała w okolicach sierpnia). Zawsze myślałam o tym wpisie jako tym ostatnim, tym, który miałby zakończyć działalność Zbrodni, jednak uznałam, że skoro w grudniu aż tak poległam w kwestii prowadzenia blogaska, nowy rok rozpocznę od zrobienia czegoś dobrego na tym internetowym świecie – ku waszej uciesze pomarudzę na temat stary jak blogosfera.
(© Natello)
Wiecie, przyznam się do czegoś. Może okazać się, że to wyznanie będzie kłócić się z wieloma rzeczami, które próbowałam przekazać w najbardziej światłym okresie Zbrodni, może okazać się, że wyjdę na mniejszą czy większą hipokrytkę. Niemniej – nie ugnę się, wyznam, co mi ciąży, a co jest powiązane właśnie z tematem Ronalda w fanfikach. Zawsze zastanawiałam się, czy gdybym miała mniej lat na karku (czymś usprawiedliwić się trzeba) i tkwiła w stanie umysłu zwanym „ałtoreczką”, zdecydowałabym się na zrobienie z Rona Weasleya zwyrodnialca, od którego powinien uczyć się nikt inny, a sam Lord Voldemort. Widzicie, nawet te kilka lat temu, kiedy faktycznie zasilałam kręgi ałtoreczek, cechowało mnie coś jeszcze, mianowicie tchórzostwo. Jak każda ałtoreczka po fachu miałam niesamowite parcie na publikowanie najlepszego, najpopularniejszego i najchętniej komentowanego fanfika w blogosferze, chciałam, żeby grubo po moim odejściu z tego internetowego światka ludzie nadal gorąco polecali sobie twórczość wrażliwątka. I o ile wkładałam sporo pracy w ficzki, które popełniałam z prawdziwą pasją, nie były one dobre, ba, nie leżały nawet koło nieszkodliwej przeciętności – coś robiłam źle. A tym „czymś” jest coś, na czym dziś opieram swoje wpisy: na schematach. Nie mam teraz na myśli tego, że próbowałam wykorzystać sztampę w dobry sposób, obrócić ją na swoją korzyść, nie. Jako małe wrażliwiątko przesiadywałam na forach, czerpiąc wiedzę na temat tego, o czym nie pisać, z postów internautów. Ktoś wspomniał o tym, że w tamtym momencie w blogosferą rządziła plaga ficzków o Ronaldzie damskim bokserze? Nie napisałabym literki w tym kierunku. 

4 grudnia 2016

Diabolicznie debilny Dumbledore

Ahoj, drodzy czytelnicy! Ponieważ wrażliwiątko dopadło paskudne stworzenie zwane Prawdziwym Życiem, zostałam wrobiona w poproszona o zastępstwo. W Internetach wołają na mnie Pirat i dziś to ja postaram się umilić wam czas na Zbrodniach. Oh boy. Na pewno będzie bardzo ciekawie. (W tym miejscu pragnę przekazać serdeczne pozdrówka od Szanownej Autorki wraz z bonusową przesyłką specjalną dla was. Nie ma za co <3).
((c) floccinaucinihiliphi...)
W tę szarą niczym portki Severusa niedzielę zajmiemy się bohaterem, który nawet poza fandomem potterowskim wzbudza sporo kontrowersji. Oczywiście ocena Albusa Dumbledore’a i wszystkiego, co od premiery Insygniów o nim wiadomo, to rzecz zupełnie indywidualna i nie na niej będziemy się skupiać. Bo i po co, skoro na horyzoncie majaczy piękny, soczysty kąsek? Panie i panowie, oto pięćdziesiąt ficzkowych twarzy dyrektora Hogwartu, najpotężniejszego czarodzieja naszych czasów, a.k.a. starego Dumbla lub Dropsa.
Nie od dziś wiadomo, że kreowanie skomplikowanej postaci o złożonej osobowości to przeżytek (w dodatku czasochłonny), a np. wiarygodne wyważenie jej zalet i wad może uniemożliwić czytelnikom rozpoznanie, komu w tekście mają kibicować. (Prawdopodobieństwo psychologiczne? To jakiś pokemon?) Z tego też powodu obraz kanonicznego Dumbledore’a na ogół prezentuje się w postaci płaskiej jak naleśnik – tyle tylko, że w różnych odsłonach co innego temu spłaszczeniu podlega.
 Na moje pirackie oko tytułem jednego z dwóch najbardziej charakterystycznych (bo dociągniętych do skrajności) wcieleń dyrektora można ochrzcić tzw. Dumbledore’a Zidiociałego, przewijającego się w tle wielu fanfików, szczególnie tych skoncentrowanych na pairingach. Dzięki prostemu zabiegowi pozbawienia dyrektora wszelkich objawów inteligencji, możecie oszczędzić sobie gimnastyki przy szukaniu pretekstu do umieszczenia swoich pacynek w jednym pomieszczeniu (co niechybnie doprowadzi do wielkiej miłości). Wlepienie nienawidzącym się uczniom wspólnego szlabanu? Zorganizowanie im prywatnego dormitorium, mimo że są z różnych domów i w ogóle przeczy to jakimkolwiek zasadom logiki? Co to dla naszego Dumbla (swoją drogą: skrót przypadkowy? – nie sądzę, bo bardzo adekwatny)! Człowiek starszy, doświadczony, z ogromną wiedzą? Wybitny, potężny czarodziej i kawaler Orderu Merlina Pierwszej Klasy? Pff, też mi coś! Niech rozdaje cytrynowe dropsy komu popadnie, notorycznie rzuca waszym gołąbeczkom znaczące spojrzenia, knuje, jakby ich tu zeswatać, i zaciera ręce w nadziei na przyszłe becikowe. Przecież w kanonie i tak był starym dziwakiem, więc kto powiedział, że nie można dodatkowo amputować mu mózgu i zrobić z niego stukniętego idioty? Podpowiedź: absolutnie nikt, zatem bez obaw dajcie się ponieść skrzydłom (braku) wyobraźni.

20 listopada 2016

Niezbędnik fanfikopisarza: stwórzmy fabułę

Serwus, kochani! Nastała kolejna niedziela, a ja kolejny raz piszę Zbrodnie na ostatnią chwilę, bo jakże by inaczej – na co komu organizowanie się w środku tygodnia, prawda? Ale dobrze, dość o mnie, jeszcze zacznę tu prowadzić pamiętniczek. Dziś zajmiemy się drugą częścią niezbędnika fanfikopisarza (zmieniłam tytuł, ten jakoś bardziej mi odpowiada), zatem przygotujcie pergaminy, a pióra dobrze umaczajcie w atramencie i bierzmy się do roboty!
(© Polyminthe)
W zeszłym tygodniu, z największą starannością!, stworzyliśmy naszą główną bohaterkę, zatem teraz wypadałoby wybrać dla niej najbardziej odpowiednią ścieżkę fabularną. Zaczniemy od tej najważniejszej w dziejach potterowskiego fandomu, jest to ścieżka, którą każdy autor musi podążyć choć raz w trakcie swojej pisarskiej kariery. Córka Voldemorta to definicja klasyki. Tutaj można popisać się oryginalnością i pójść w parę różnych stron, z czego najbardziej pożądanymi byłyby trzy główne: dark!bohaterka przyjeżdża do Hogwartu na swój pierwszy i ostatni rok nauki (zostaje zapisana jedynie na siódmy rok, czego uzasadniać pod żadnym pozorem nie musicie), a cała szkoła doskonale zna jej tożsamość, wie, kim jest, jak potężną magią włada, a sama zainteresowana podbija serca uczniów albo szturmem bierze je w posiadanie, interpretacja dowolna. Druga możliwość wygląda nieco inaczej: w przepowiedni Trelawney nie było mowy o Voldemorcie, a właśnie o jego córce. Dumbledore i Potter nigdy tego nie rozgryźli, dlatego kiedy dochodzi do Bitwy o Hogwart, a Harry zmartwychwstaje, musi stawić czoła nie swojemu odwiecznemu wrogowi, a komuś, na starcie z kim nigdy nie mógł być przygotowany. Po bardzo efektownym, zajmującym jedną linijkę opisie starcia córki Voldemorta z Harrym następuje rozwinięcie dystopicznej wizji świata czarodziejów – torturowanie każdego, kto się nawinie, mordowanie mugoli, zapinanie w kajdany szlam, co tylko sobie wymarzycie. Trzecim sposobem na realizację fabuły z córką Voldemorta jest zwrot akcji pod tytułem „niespodziewana adopcja”. Wasza bohaterka dotychczas żyła zwykłym życiem przeciętnej nastolatki: szkoła, wakacje, sprzeczki z rodzicami, wypady na imprezki do znajomych, znowu szkoła. Jednak jeżeli gdzieś między kolejnym powtórzeniem tej rutyny wpleść informację o adopcji naszej bohaterki, ohoho, tutaj zaczyna się dziać! Wtedy nie dość, że nasze dziewczę żyło jako mugolak, przy każdej okazji wyszydzane przez czystokrwistych Ślizgonów, to jeszcze zostało okłamane przez adopcyjnych rodziców, których dokładnie w tym momencie postanawia znienawidzić, co wiąże się z opuszczeniem domu rodzinnego. W wyniku różnych czynników córka Voldemorta, od teraz całym sercem wyznająca idee ukochanego ojca, przeprowadza się do rezydencji Malfoyów, gdzie wreszcie może flirtować z godnym jej ręki młodzieńcem o odpowiednim statusie. Prawda, że brzmi przeciekawie? Też tak uważam! Ale, ale, moment: jeżeli podejmiecie się akurat tego ambitnego tematu, niezależnie którą opcję wybierzecie, musicie pamiętać o paru szalenie istotnych rzeczach: pierworodna najpotężniejszego czarnoksiężnika w dziejach ludzkości po prostu musi być albo równie potężna co on, albo bardziej (lepiej wybrać to drugie, wtedy czytelnicy aż wyskoczą z butów, tak ich zaskoczycie), a sam tatuś powinien się swojej córci wręcz bać, w końcu tylko ona jest na tyle silna, by go zniszczyć, czego rzecz jasna nie mógł przewidzieć, kiedy wskakiwał do łóżka z wniebowziętą Bellatriks. Ale skoro jest taki głupi i brzydki, to w sumie mu się należało.

13 listopada 2016

Niezbędnik fanfikopisarza: stwórzmy bohaterkę

  Gitara siema! (To, co się dzieje w tych przywitaniach, przerasta już absurd).
  Nie wiem, czy i wy uważacie pierwszy opad śniegu za magiczny, a każde następne za karę od losu i klęskę żywiołową, ale wiem, że ja zostałam pokarana. W tym tygodniu omówimy coś troszkę innego, tym razem nie skupimy się na jednym schemacie czy ich małej grupie, a na wszystkich (starałam się, przy ich ogromie z pewnością coś mi umknęło, ale zresztą od czego są komentarze?), jakie możemy spotkać w fanfikach potterowskich, choć oczywiście nie każdy jest wyłączny dla akurat naszego ulubionego, wyeksploatowanego do granic możliwości uniwersum. 
 Tytuł posta jest znaczący: autorzy najbardziej popadają w schematy właśnie przy tworzeniu bohaterki, rzecz jasna głównej. Rzadko kiedy zdarza się, żeby pierwszymi skrzypcami okazał się przedstawiciel płci niepięknej – biorąc pod uwagę, że w blogosferze przewaga ilości autorek nad autorami jest skrajna, można założyć, że wynika to z pewnych przyzwyczajeń, mniejszej lub większej chęci posiadania alter ego. Ważne jest jedno: dziś tworzymy właśnie bohaterkę!

18 września 2016

Luna Lovegood oraz warpaint dysonansów koncepcyjnych


Żeby podtrzymać panującą u wrażliwiątka tradycję, postaram się was ładnie na początku pozdrowić, a więc zgodnie ze zwyczajami Na’vi – ngaru lu fpom srak! Witam, zwę się Czinczuś i dzisiaj to ja poprowadzę kabarecik.
(© RaRo81)
Lista zbrodni do zmarudzenia jest dość napęczniała i cały czas się powiększa. Jednak, jako że zaroiła mi się w głowie swędzącą wysypką myśl, myśl wręcz okrutnie dotykająca problemów nie tylko fanfikowych, ale i społecznych – zgodnie z naszą fejmautorką uznałyśmy, że należy mi się w tym tygodniu miejsce w loży szyderców. Ażeby wywindować ją do rangi zbiorowej histerii i oburzyć się na ludzkość, a jakże.
 Bowiem pomroczność aury fanów „Harry’ego Pottera”, z naciskiem na ałtoreczkową niszę, zgięła się ku jeszcze głębszym odcieniom od piątej części. I tak oto spoglądając na egzaltowany zachwyt nową, w założeniu barwną i pachnącą gwiezdnym pyłkiem postacią, zauważyłam – jakby przez kir żałobny – modę na romantyzowanie zaburzeń psychicznych. O kim mowa? Oczywiście o Lunie Lovegood.
  Długowłosa, eteryczna, o wiecznie zdziwionym, zmętniały obliczu, ubierająca się niczym postać z bajki. Pomyluna Lovegood. Czytająca do góry nogami brukowe czasopismo swego równie zbzikowanego ojca. Przechadzająca się tanecznym krokiem po zamczystych korytarzach w poszukiwaniu nargli, które istnieją tylko w jej głowie. Łagodnie lekceważąca wszelkie konwenanse oraz głośne sploty szyderczego śmiechu uderzające w jej przepełnioną dobrymi intencjami ustępliwość. Biegająca po Zakazanym Lesie niczym dziecko kwiat, postbarokowo szafująca słowami z charakterystyczną prozodią, mitologizująca codzienność w stopniu graniczącym z wypieraniem jej oraz praw nią rządzących. Podejdźmy do tego absolutnie poważnie – czy Luna stanowiła reprezentację niebanalnej i oryginalnej na każdej płaszczyźnie osoby, czy przypadła jej w udziale przykra psychotyczna galaretka?

7 sierpnia 2016

Hermionina w skrzacim fartuszku…

…czyli prequel do Szorowania Podłóg.
Staram się wynajdywać nowe sposoby na przywitanka, jednak postanowiłam, że nie, dziś po prostu zacznę. Taka ze mnie bezczelniacha. Napomknę też, gwoli wyjaśnienia, że spędziłam z godzinę albo i więcej na wyszukiwaniu ładnych fanartów do tego posta, ale nie znalazłam żadnego, który mógłby się równać z tym, tak więc spoczywam na jednym, ale genialnym. Prawda, że śliczniusi? Postawiłam na taką przeciwwagę, bo temat dzisiejszego posta nie jest ani śliczniusi, ani uroczy, ani jakkolwiek pozytywny, bo jaka mroczna alternatywa książkowych wydarzeń mogłaby zostać określona w taki sposób? Na pewno nie ta, którą dzisiaj omówimy.
(© boggartowl)
Wyobraźcie sobie tę nieprzeniknioną, gęstą ciemność spowijającą nie tylko świat czarodziejów, ale i mugolów, wyobraźcie sobie dementorów hulających po całej Wielkiej Brytanii, wysysając zewsząd resztki szczęścia, jakie mogły ostać się w tym obdartym z nadziei kraju. Wyobraźcie sobie, że podczas Bitwy o Hogwart (02.05.1998 r. NEVER FORGET!) Neville nigdy nie wyciągnął z Tiary Przydziału miecza Godryka Gryffindora, uszami wyobraźni usłyszcie mrożące krew w żyłach NYYYAHHHH! Lorda Voldemorta, wyobraźcie sobie strumień zielonego światła mknący wprost między oczy Harry'ego. Wybraniec po raz drugi pada bez życia, Hagrid przywołuje deszcz, a dumni, dostatecznie dobrze urodzeni żołnierze dobrej strony muszą podjąć wybór – zginąć dla sprawy czy stchórzyć, wybrać życie pod pantoflem śmierciożerców i samego Voldemorta? Tę rozkminę pozostawmy nielicznym szczęśliwcom, szczęśliwcom, którzy – w przeciwieństwie do Hermiony – mają wybór. Bo za naszą nie tak młodocianą czarownicę wybór już podjął fandom i niestety nie padło na śmierć, a ochłapy życia. Jakiego, pytacie? Śpieszę z odpowiedzią: życia jako podróbka skrzata domowego. Zgredek nie dość, że uwolniony kopę lat temu, to jeszcze bezczelnie odważył się umrzeć wbrew rozkazom właścicieli, więc wakat jest otwarty, ktoś musi zająć tę zaszczytną pozycję i piąć się w hierarchii niewolników najszlachetniejszego czystokrwistego rodu śmierciożerców – Malfoyów, rzecz jasna. Nikt inny za nic w nowym świecie nie może sobie rościć praw do Hermiony Granger, tym razem nawet nie największy fandomowy amant, tłustowłosy Severus Snape, oj nie. To najczęściej Draco, lecz również i Lucjusz dostają w przydziale ten smakowity mugolski kąsek. Okej, Bella trochę też.

31 lipca 2016

Marginalizacja przeżyć Ginny

Siemaneczko! (Odnoszę dziwne wrażenie, że co tydzień witam się z wami w coraz głupszy sposób). Niedziela się przyczaiła, wyskoczyła na mnie zza krzaka i sprzedała bolesnego kopniaka prosto w zacne cztery litery. W pierwszym momencie postanowiłam odpuścić sobie dzisiejszy post, ale potem – wraz z drugim kopniakiem, tym razem o wiele mocniejszym – naszło mnie olśnienie: dzisiaj, drodzy Państwo, świętujemy! I to nie byle jakie święto: trzydziestego pierwszego lipca urodził się przecież nie kto inny, a sam Harry Potter! Jakże mogłabym akurat w ten dzień przebrzydle się lenić? Trzeba mieć jakąś godność człowieka, nawet jeżeli udawaną. Dlatego też tematem postu jest nie nasz drogi solenizant, taki prztyczek w nos – drogi Harry już zrobił wokół siebie dostatecznie dużo szumu, wystarczy – a jedyna córka Weasleyów, Ginny.
(© Natello)
Do napisania tego posta poniekąd pchnęła mnie lektura Pojmanego Umysłu, poniekąd dyskusja z Deltą spod wpisu na temat Dramione. Oba te czynniki sprawiły, że zatrzymałam się na dłuższą chwilę i zastanowiłam nad reprezentacją Ginny w fanfikach, a wnioski – jak zwykle zresztą – okazały się wielce nieciekawe. Autorzy najczęściej dobierają Ginny jako najlepszą przyjaciółkę Hermiony, co moim zdaniem jest mocno nietrafione, jako że między dziewczętami, w bodajże Księciu Półkrwi?, zaprezentowano nam dość poważne spięcia, ale okej, niech będzie – wolność interpretacji. Ginny Weasley rzadko kiedy gra pierwsze skrzypce w fanfikach, a jeżeli już gra, podobnie jak Skazana na Dramione przechodzi niesamowite zmiany, najczęściej lądując w Slytherinie, bo tak, trzeba ją natychmiastowo i z pełną mocą wystawić na oddziaływanie niegrzecznych, deprawujących chłopców z domu węża. Najczęściej natomiast traktuje się ją jako kukiełkę odgrywającą rolę w przedstawieniu pod tytułem: „Mniej ważny wątek romantyczny”, parując z drugim hogwarckim bożyszczem, Blaise'em „Diabłem” Zabinim, którego transformacja z przystojnego czarnoskórego chłopaka w bladego bruneta zadziwia mnie za każdym razem. W tym miejscu chciałabym pogratulować sztabowi najbardziej doświadczonych w dziedzinie transmutacji mózgom stulecia, jestem pewna, że przed nimi świetlana przyszłość oraz rewolucja gatunku ludzkiego – niedługo zapewne wkroczą na jakiś wyższy poziom samoświadomości i zaczną zastanawiać się nad problemami natury etycznej versus czarodziejskie postępy. (Wiem, świetny suchar, przecież to tylko czarodzieje).

17 lipca 2016

Dramione: studium fenomenu

Witam drogich czytelników!
W zeszłym tygodniu mówiliśmy o temacie raczej cięższym, niż ktokolwiek mógł się spodziewać po tym blogu (łącznie ze mną), dlatego też zdecydowałam, że w tę niedzielę zajmiemy się czymś odrobinę przyjemniejszym. Nadszedł najwyższy czas na zmierzenie się z potęgą blogosfery – fanfikami o parze tak niepoprawnej, że aż strach pomyśleć, co sama Rowling miałaby na ten temat do powiedzenia. Chociaż jak tak patrzę na ostatnie akcje naszej ukochanej Jo, mam wrażenie, że niedługo stałaby murem za zakazaną miłością Hermiony i Draco, skoro już postanowiła, że córka Voldemorta jest idealna do doprawienia kanonicznej przeszłości Toma.
(© upthehillart)
Pomijając fakt, że Jo wzbogaciła mnie o raka z przerzutami – czego nie spodziewałam się akurat z jej strony i za co należy mi się odszkodowanie – poświęćmy tę niedzielną chwilę nie tylko na zastanowienie się nad fenomenem Dramione, ale po lekturze pomóżmy też Zbrodniom dobić do setki komentarzy, bo akurat czterech mi brakuje i czuję się z tego powodu wielce niepocieszona, a tak być nie może. Zatem: fenomen Dramione. Nie ukrywam, że nie przepadam za tym pairingiem – po części może dlatego, że gdzieś głęboko w sercu jestem nieuleczalnym przypadkiem hipstera, który gardzi wszystkim, co obrzydliwie popularne, ale po części może też dlatego, że pairing sam w sobie zdecydowanie nie jest tragiczny jak na standardy blogosfery, tyle że… sprawa prezentuje się inaczej w momencie, gdy autorzy wyczyniają rzeczy niestworzone z postaciami Draco oraz Hermiony. Jak myślicie, co jest powodem, dla którego akurat ten pairing wziął szturmem nie połowę (co byłoby druzgoczące samo w sobie), a prawie całą blogosferę? Ja już wypracowałam sobie na ten temat pewną teorię, ale chętnie porównam ją z Waszymi.

26 czerwca 2016

Emo Harry i jego oprawcy

Cześć i czołem, tak, raz jeszcze! Nie sądziłam, że drugi post na blogu będzie dotyczył akurat tego zjawiska, w ogóle nie zakładałam, że kiedykolwiek zdobędę się na opisanie jakichś klisz siedzących w slashu, w dodatku slashu akurat tych postaci. Nawet przez głowę mi to nie przeszło, szczerze mówiąc, a post ten jest dziełem zupełnego przypadku – w pełnym zacieszu przeglądałam katalogi, natknęłam się na jakąś nowość opatrzoną etykietką „fanfik hp”, więc weszłam, naiwnie sądząc, że obdaruję zaczynającego autora komentarzem w podzięce za naskrobanie czegoś, co w miarę da się czytać. A tam, moi drodzy… Wiecie co, nie, może najpierw usiądźcie. (Jakbyście już nie siedzieli; trzeba dbać o bezpieczeństwo czytelników).
(© aprikose-fanart)
Nie ma co zaczynać z grubej rury, nie na żarty obawiam się o wasze zdrowie psychiczne. Wyobraźcie sobie więc, że jesteście autorem pragnącym napisać slash tak dobry, że podbije nie tylko środowisko ludzi gustujących w tego typu relacjach, ale również cały internet. Ustawiona przez Was poprzeczka ma być nie do przekroczenia przez nikogo, chcecie, żeby przeprowadzano z Wami wywiady, oczami wyobraźni widzicie już tę dziesiątkę wiadomości na e-mailu, tych ludzi zabijających się o chwilę waszego czasu, a ta tona komci! Merlinie przeutalentowany, przecież wy nie będziecie mieli czasu przeczytać tego wszystkiego, a co dopiero jeszcze odpisać! Ludzie będą atakować Was nie tylko drzwiami i oknami, jak już osiągnięcie sukces, sowy zlecą się z każdego zakątka świata, listy wystrzelą z zabitej gwoździami szpary, a zatkany komin okaże się waszym jedynym zbawieniem. Wszystko brzmi fajnie – odpowiedzcie mi tylko na jedno pytanie: co trzeba zawrzeć w tekście, by osiągnąć taki efekt? 
Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X