Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramione. Pokaż wszystkie posty

19 lutego 2017

Halo, słyszy mnie ktoś? Współczujcie mi, odbiór!

Tak, moi drodzy, dotrwaliście do tego chwalebnego momentu – w życiu wrażliwiątka doszło do chwilowej motywacji względem pisania. Czysty szok i niedowierzanie, prawda? Też jestem zdziwiona, a jeszcze bardziej dziwi mnie źródło inspiracji na temat dzisiejszego posta. Zdradzić wam tę tajemnicę? Jesteście pewni? Ostrzegam, że nie spojrzycie na mnie tak samo, jak wcześniej (odpowiedni efekt dźwiękowy) – było to nic innego, a Dzieło nad Dziełami, czyli wstydliwy sekret mentalnych kur domowych: Pięćdziesiąt twarzy Greya. Wow, #shockfactor.
(© upthehillart)
Pewnie wystarczył sam tytuł tego ponadczasowego klasyka, by niektórzy samodzielnie wpadli na trop i wywęszyli, o czym dziś porozmawiamy. A jeśli nie, nic prostszego. Powiedzcie mi, jaki mroczny, mrrroczny sekret skrywał nasz schematyczny do bólu amant? Otóż szybko wychodzi na jaw, że Edwa… tfu, Christian Grey był w dzieciństwie molestowany oraz wykorzystywany seksualnie przez dorosłą kobietę, a jego ciągoty łóżkowe zostały wywołane przez właśnie tę traumę. Usprawiedliwienie jak każde inne, pewnie gdyby Fifty Shades było napisane lepiej niż jak przez buzującą hormonami nastkę, nie używałabym tego potwora jako przykładu, no ale – jak wiemy – nie było. Na nasze szczęście, rzecz jasna, bo jeszcze kolektywnie skończylibyśmy w zupełnie innym fandomie; znacznie bardziej wolę walkę z wiatrakiem w postaci największego bożyszcza fanonu, Dracona Malfoya, niż ze zbiegłym z internetu Christianem Greyem, który opanował prawie cały glob, a także omamił niemal połowę damskiej populacji z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami.

8 stycznia 2017

Demoniczny Ronald oraz jego idiotyczne Ja

Hej, haj, helloł w roku 2017! Jesteśmy o kolejne 365 dni bliżej śmierci, jeee!
W tym tygodniu porozmawiamy o czymś, na co wielu z czytelników czekało z utęsknieniem, a co ja odkładałam na później przez już ponad dwa miesiące pół roku (tak, wersja robocza tego posta powstała w okolicach sierpnia). Zawsze myślałam o tym wpisie jako tym ostatnim, tym, który miałby zakończyć działalność Zbrodni, jednak uznałam, że skoro w grudniu aż tak poległam w kwestii prowadzenia blogaska, nowy rok rozpocznę od zrobienia czegoś dobrego na tym internetowym świecie – ku waszej uciesze pomarudzę na temat stary jak blogosfera.
(© Natello)
Wiecie, przyznam się do czegoś. Może okazać się, że to wyznanie będzie kłócić się z wieloma rzeczami, które próbowałam przekazać w najbardziej światłym okresie Zbrodni, może okazać się, że wyjdę na mniejszą czy większą hipokrytkę. Niemniej – nie ugnę się, wyznam, co mi ciąży, a co jest powiązane właśnie z tematem Ronalda w fanfikach. Zawsze zastanawiałam się, czy gdybym miała mniej lat na karku (czymś usprawiedliwić się trzeba) i tkwiła w stanie umysłu zwanym „ałtoreczką”, zdecydowałabym się na zrobienie z Rona Weasleya zwyrodnialca, od którego powinien uczyć się nikt inny, a sam Lord Voldemort. Widzicie, nawet te kilka lat temu, kiedy faktycznie zasilałam kręgi ałtoreczek, cechowało mnie coś jeszcze, mianowicie tchórzostwo. Jak każda ałtoreczka po fachu miałam niesamowite parcie na publikowanie najlepszego, najpopularniejszego i najchętniej komentowanego fanfika w blogosferze, chciałam, żeby grubo po moim odejściu z tego internetowego światka ludzie nadal gorąco polecali sobie twórczość wrażliwątka. I o ile wkładałam sporo pracy w ficzki, które popełniałam z prawdziwą pasją, nie były one dobre, ba, nie leżały nawet koło nieszkodliwej przeciętności – coś robiłam źle. A tym „czymś” jest coś, na czym dziś opieram swoje wpisy: na schematach. Nie mam teraz na myśli tego, że próbowałam wykorzystać sztampę w dobry sposób, obrócić ją na swoją korzyść, nie. Jako małe wrażliwiątko przesiadywałam na forach, czerpiąc wiedzę na temat tego, o czym nie pisać, z postów internautów. Ktoś wspomniał o tym, że w tamtym momencie w blogosferą rządziła plaga ficzków o Ronaldzie damskim bokserze? Nie napisałabym literki w tym kierunku. 

30 października 2016

Dramione – Schematus Maximus!

Cześć, co tam, jak tam, heeej!
Serduszko mnie boli z powodu mniejszego zainteresowania Zbrodniami, jednak sama to na siebie ściągnęłam, znikając z powierzchni ziemi na miesiąc, jeżeli nie więcej. Dzięki Strefie Marud, gdzie tak ślicznie mi pomagacie, wiem, że więcej osób od dłuższego czasu liczy na post o perypetiach Draco i Hermiony, dlatego też strategicznie postanowiłam w tym tygodniu napisać właśnie o ich burzliwym uczuciu – temacie tak uniwersalnym, że każdy chętnie o nim poczyta i porówna swoje traumatyczne przeżycia z moimi. Sprawdźmy, czy przebywaliśmy w równie mrocznych odmętach internetu i jak zawsze odkryjmy, że nie trwaliśmy w samotności!
(© LittleChmura)
Nie ma co przedłużać, zjawisk mamy dość sporo do wspólnego przetrawienia, więc lepiej zabrać się za to od razu. Zacznijmy od klasyki, od schematu tak kultowego, że zbrodnią byłoby późniejsze zagranie na Waszych emocjach. Nie wiem, jak z innymi, ale u mnie stary jak świat pretekst z założeniem się o poderwanie Hermiony (albo jakiejkolwiek innej bohaterki – tak uniwersalna klisza!) aż wzbudza nostalgię. Chociaż tego nie pamiętam, mogę przyznać, że z pewnością we wczesno-nastoletnich latach popełniłam jakiegoś ficzka, w którym głównym narzędziem fabularnym był właśnie takiego rodzaju zakład. Co jest pięknego w tym zagraniu, to fakt, że może mieć dwie twarze: albo Draco buńczucznie stwierdza, że owszem, kto jak kto, ale JEMU uda się wyrwać tę sztywną szlamę!, albo Draco przegrywa jakiś niezwiązany z Hermioną czy jakąkolwiek inną mugolaczką zakład, a złowrogo zaśmiewający się w tle Blaise już zaciera rączki, coby spuścić na swojego przyjaciela magiczny odpowiednik bomby atomowej. Mianowicie: karą za przegranie zakładu okazuje się właśnie przymuszenie do romansowania z niepożądaną numer 1, naszą drogą Hermi. Rzecz jasna Hermiona, chociaż z początku jest nastawiona wrogo i nie potrzebuje fałszoskopu do wyczucia podstępu, nie zdaje sobie z niczego sprawy do momentu, kiedy między obojgiem zakwita już uczucie, a w takiej chwili obowiązkowym jest kategoryczne przerwanie sielanki. Wtedy Miona, za sprawą pewnego zrządzenia losu (często pomagają jej w tym skrzaty), dowiaduje się o niecnych planach Malfoya, o uwłaczającym jej godności zakładzie, o tym, że wszystko, do czego doszło, z jego strony było niczym więcej a manipulacyjną gierką. Wtedy pod nogi naszego (często nieświadomego ogromu uczucia, jakim darzy Granger) spada przeszkoda pozornie nie do przekroczenia – jak przekonać ukochaną, że chociaż faktycznie początki ich relacji są fałszywe, to to, co z nich wykwitło, prawdziwe i dobrotliwe?

7 sierpnia 2016

Hermionina w skrzacim fartuszku…

…czyli prequel do Szorowania Podłóg.
Staram się wynajdywać nowe sposoby na przywitanka, jednak postanowiłam, że nie, dziś po prostu zacznę. Taka ze mnie bezczelniacha. Napomknę też, gwoli wyjaśnienia, że spędziłam z godzinę albo i więcej na wyszukiwaniu ładnych fanartów do tego posta, ale nie znalazłam żadnego, który mógłby się równać z tym, tak więc spoczywam na jednym, ale genialnym. Prawda, że śliczniusi? Postawiłam na taką przeciwwagę, bo temat dzisiejszego posta nie jest ani śliczniusi, ani uroczy, ani jakkolwiek pozytywny, bo jaka mroczna alternatywa książkowych wydarzeń mogłaby zostać określona w taki sposób? Na pewno nie ta, którą dzisiaj omówimy.
(© boggartowl)
Wyobraźcie sobie tę nieprzeniknioną, gęstą ciemność spowijającą nie tylko świat czarodziejów, ale i mugolów, wyobraźcie sobie dementorów hulających po całej Wielkiej Brytanii, wysysając zewsząd resztki szczęścia, jakie mogły ostać się w tym obdartym z nadziei kraju. Wyobraźcie sobie, że podczas Bitwy o Hogwart (02.05.1998 r. NEVER FORGET!) Neville nigdy nie wyciągnął z Tiary Przydziału miecza Godryka Gryffindora, uszami wyobraźni usłyszcie mrożące krew w żyłach NYYYAHHHH! Lorda Voldemorta, wyobraźcie sobie strumień zielonego światła mknący wprost między oczy Harry'ego. Wybraniec po raz drugi pada bez życia, Hagrid przywołuje deszcz, a dumni, dostatecznie dobrze urodzeni żołnierze dobrej strony muszą podjąć wybór – zginąć dla sprawy czy stchórzyć, wybrać życie pod pantoflem śmierciożerców i samego Voldemorta? Tę rozkminę pozostawmy nielicznym szczęśliwcom, szczęśliwcom, którzy – w przeciwieństwie do Hermiony – mają wybór. Bo za naszą nie tak młodocianą czarownicę wybór już podjął fandom i niestety nie padło na śmierć, a ochłapy życia. Jakiego, pytacie? Śpieszę z odpowiedzią: życia jako podróbka skrzata domowego. Zgredek nie dość, że uwolniony kopę lat temu, to jeszcze bezczelnie odważył się umrzeć wbrew rozkazom właścicieli, więc wakat jest otwarty, ktoś musi zająć tę zaszczytną pozycję i piąć się w hierarchii niewolników najszlachetniejszego czystokrwistego rodu śmierciożerców – Malfoyów, rzecz jasna. Nikt inny za nic w nowym świecie nie może sobie rościć praw do Hermiony Granger, tym razem nawet nie największy fandomowy amant, tłustowłosy Severus Snape, oj nie. To najczęściej Draco, lecz również i Lucjusz dostają w przydziale ten smakowity mugolski kąsek. Okej, Bella trochę też.

17 lipca 2016

Dramione: studium fenomenu

Witam drogich czytelników!
W zeszłym tygodniu mówiliśmy o temacie raczej cięższym, niż ktokolwiek mógł się spodziewać po tym blogu (łącznie ze mną), dlatego też zdecydowałam, że w tę niedzielę zajmiemy się czymś odrobinę przyjemniejszym. Nadszedł najwyższy czas na zmierzenie się z potęgą blogosfery – fanfikami o parze tak niepoprawnej, że aż strach pomyśleć, co sama Rowling miałaby na ten temat do powiedzenia. Chociaż jak tak patrzę na ostatnie akcje naszej ukochanej Jo, mam wrażenie, że niedługo stałaby murem za zakazaną miłością Hermiony i Draco, skoro już postanowiła, że córka Voldemorta jest idealna do doprawienia kanonicznej przeszłości Toma.
(© upthehillart)
Pomijając fakt, że Jo wzbogaciła mnie o raka z przerzutami – czego nie spodziewałam się akurat z jej strony i za co należy mi się odszkodowanie – poświęćmy tę niedzielną chwilę nie tylko na zastanowienie się nad fenomenem Dramione, ale po lekturze pomóżmy też Zbrodniom dobić do setki komentarzy, bo akurat czterech mi brakuje i czuję się z tego powodu wielce niepocieszona, a tak być nie może. Zatem: fenomen Dramione. Nie ukrywam, że nie przepadam za tym pairingiem – po części może dlatego, że gdzieś głęboko w sercu jestem nieuleczalnym przypadkiem hipstera, który gardzi wszystkim, co obrzydliwie popularne, ale po części może też dlatego, że pairing sam w sobie zdecydowanie nie jest tragiczny jak na standardy blogosfery, tyle że… sprawa prezentuje się inaczej w momencie, gdy autorzy wyczyniają rzeczy niestworzone z postaciami Draco oraz Hermiony. Jak myślicie, co jest powodem, dla którego akurat ten pairing wziął szturmem nie połowę (co byłoby druzgoczące samo w sobie), a prawie całą blogosferę? Ja już wypracowałam sobie na ten temat pewną teorię, ale chętnie porównam ją z Waszymi.
Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X