Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjawiska ogólne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjawiska ogólne. Pokaż wszystkie posty

21 stycznia 2018

Seks w Hogwarcie

Witajcie, kochani! Spotykamy się szybciej, niż sądziłam – byłam przekonana, że kolejny post będę gryzmolić tyle, co poprzedni, a potem jeszcze kisić ze dwa lata, jeśli nie więcej, a tu taka niespodzianka! (Tak, to ironia). Jestem sobą mile zaskoczona, w końcu okazałam się nieco mniejszym przegrywem, niż zwykle zakładam, tak więc z pozytywną myślą zbliżam się ku poniedziałkowi.
(© feliciacano)
Nie ma co zbędnie przedłużać. Dziś nieco moralizatorsko, ze szczyptą zaniepokojenia, a także nutą zgorzknienia, jakie przychodzi z wiekiem (#BathildaBagshotblogosfery). Nikogo zapewne nie zdziwi temat tego posta – sprawa seksu nie tylko w fanfiction, bo ogólnie w opowiadaniach pisanych przez młodych autorów, to temat rzeka o wyjątkowo silnym prądzie. Gdzie się, biedny czytelniku, nie obrócisz, tam natkniesz się na twór ewidentnie dążący do jednego: konsumpcji związku pary atrakcyjnych bohaterów. Raz autor podchodzi do tego przedziwnego zjawiska z dozą dystansu, choć to zdarza się nad wyraz rzadko, raz ze starannością (również przypadki na wymarciu), a dziewięćdziesiąt osiem razy na sto seks wiedzie prym w tekście, siejąc spustoszenie o nieodwracalnych skutkach. Wszyscy doskonale znamy te opowiadania, w których bohaterowie gżdżą się z kim popadnie, każdy z każdym, trójkąty miłosne, próby odbicia zajętych, nieszczęśliwe, nieodwzajemnione miłostki, zazdrość, rywalizacja, gry w butelkę, o schowkach na miotły lepiej nie wspominać, bo łatwiej jest wymienić, kto w nich nie był (Hagrid po prostu się nie zmieści, to uciskanie osób przy kości!), niż kto był.

19 lutego 2017

Halo, słyszy mnie ktoś? Współczujcie mi, odbiór!

Tak, moi drodzy, dotrwaliście do tego chwalebnego momentu – w życiu wrażliwiątka doszło do chwilowej motywacji względem pisania. Czysty szok i niedowierzanie, prawda? Też jestem zdziwiona, a jeszcze bardziej dziwi mnie źródło inspiracji na temat dzisiejszego posta. Zdradzić wam tę tajemnicę? Jesteście pewni? Ostrzegam, że nie spojrzycie na mnie tak samo, jak wcześniej (odpowiedni efekt dźwiękowy) – było to nic innego, a Dzieło nad Dziełami, czyli wstydliwy sekret mentalnych kur domowych: Pięćdziesiąt twarzy Greya. Wow, #shockfactor.
(© upthehillart)
Pewnie wystarczył sam tytuł tego ponadczasowego klasyka, by niektórzy samodzielnie wpadli na trop i wywęszyli, o czym dziś porozmawiamy. A jeśli nie, nic prostszego. Powiedzcie mi, jaki mroczny, mrrroczny sekret skrywał nasz schematyczny do bólu amant? Otóż szybko wychodzi na jaw, że Edwa… tfu, Christian Grey był w dzieciństwie molestowany oraz wykorzystywany seksualnie przez dorosłą kobietę, a jego ciągoty łóżkowe zostały wywołane przez właśnie tę traumę. Usprawiedliwienie jak każde inne, pewnie gdyby Fifty Shades było napisane lepiej niż jak przez buzującą hormonami nastkę, nie używałabym tego potwora jako przykładu, no ale – jak wiemy – nie było. Na nasze szczęście, rzecz jasna, bo jeszcze kolektywnie skończylibyśmy w zupełnie innym fandomie; znacznie bardziej wolę walkę z wiatrakiem w postaci największego bożyszcza fanonu, Dracona Malfoya, niż ze zbiegłym z internetu Christianem Greyem, który opanował prawie cały glob, a także omamił niemal połowę damskiej populacji z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami.

22 stycznia 2017

Gwałt – przemoc jako zalążek uczucia

Hej ho, hej ho, do Hogwartu by się szło!
Tak, dziś trochę poważniej – dwa tygodnie temu podokuczaliśmy Demonicznemu Ronaldowi, zatem trzeba jakoś zrekompensować te wszystkie śmiechy i chichy, nie ma co. Z pewnością zetknęliście się z tym zjawiskiem, przecież ostatnimi czasy wszędzie da się natrafić na magiczne słowa „przemoc wobec kobiet”, a słowa te są używane najczęściej w odniesieniu do produkcji filmowych czy serialowych. Niezależnie od tego, jaką ma się na ten temat opinię, myślę, że jest to rzecz dość istotna właśnie dla blogosfery, właśnie dla fanfików potterowskich, dlatego dzisiejszą niedzielę spędzimy na zmaganiu się z tym odwiecznym narzędziu fabularnym.
(© nokeek)
Nie wiem, jak Merlina kocham, naprawdę nie wiem, jak to się stało, że Zbrodnie mają już ponad pół roku, a mnie do niedawna nie zaświtało nic na temat gwałtu w tekstach początkujących (albo leniwych) autorów. To plaga, która na różne sposoby sieje spustoszenie w tekstach o najróżniejszej maści – nieważny jest gatunek, pairing, nieważne, czy to slash, czy nie. Ta tematyka była poruszana na Zbrodniach parokrotnie, w różnych postach, jednak – jako że dostaje cały post na własność – wypadałoby wszystko rozpisać i podsumować, więc wybaczcie, jeżeli w niektórych miejscach się powtórzę.
  Czy tego chcemy, czy nie – pewnych rejonach blogosfery gwałt pozostaje najczęściej używanym środkiem, który ma wprawić w ruch późniejsze wydarzenia, a nic innego się nie liczy – jednak zacznijmy od początku. Jakie są najczęstsze powody wprowadzenia do fabuły tego wątku? To pytanie stało się dla mnie wręcz retoryczne, jednak odpowiedzi jest więcej niż jedna, ta najbardziej oczywista. (I tutaj zaznaczę, że podawane przykłady odnoszą się do slashu jak i pary heteroseksualnej, jednak slash jest tu tematem gościnnym, więc posłużymy się przykładem pary hetero). Rzecz jasna wywołanie tak tragicznego wydarzenia ma na celu skłonienie przeznaczonych sobie bohaterów do zbliżenia, głównie emocjonalnego (czasem nawet fizycznego, tak, niekiedy zaraz po próbie albo akcie gwałtu), ale sporą rolę odgrywają też inne czynniki: gwałt ma być dla ukochanego katalizatorem, który wyzwala w nim spore pokłady opiekuńczości; w tekście odgrywa rolę usprawiedliwienia dla zakotwiczenia akcji jedynie w relacjach parowanych postaci (fabuła opierająca się jedynie na ich interakcjach, na coraz częstszych czy nieustających kontaktach ze sobą nawzajem); służy jako fundament dla wątku „odzyskiwania zaufania wobec mężczyzn”, wliczając w to grono również ukochanego (próby zwalczenia (nie zawsze za obopólną zgodą) awersji przed dotykiem, który może przywoływać niechciane wspomnienia, wyciąganie (często na siłę) zwierzeń ze strony ofiary, problematyka kontynuowania związku z ofiarą gwałtu (na płaszczyźnie emocjonalnej, jak i fizycznej)); służy też do… swoistego urzeczywistnienia tekstu, sprawienia, żeby wydawał się „życiowy”; dość kluczową rolę odgrywa tu też zainteresowanie dorastających autorów cięższą tematyką (problemów czy schorzeń psychicznych, skłonności samobójczych, samookaleczania itd.), a także sprzężone z tym romantyzowanie zaburzeń, traum czy trudnych przejść.

13 listopada 2016

Niezbędnik fanfikopisarza: stwórzmy bohaterkę

  Gitara siema! (To, co się dzieje w tych przywitaniach, przerasta już absurd).
  Nie wiem, czy i wy uważacie pierwszy opad śniegu za magiczny, a każde następne za karę od losu i klęskę żywiołową, ale wiem, że ja zostałam pokarana. W tym tygodniu omówimy coś troszkę innego, tym razem nie skupimy się na jednym schemacie czy ich małej grupie, a na wszystkich (starałam się, przy ich ogromie z pewnością coś mi umknęło, ale zresztą od czego są komentarze?), jakie możemy spotkać w fanfikach potterowskich, choć oczywiście nie każdy jest wyłączny dla akurat naszego ulubionego, wyeksploatowanego do granic możliwości uniwersum. 
 Tytuł posta jest znaczący: autorzy najbardziej popadają w schematy właśnie przy tworzeniu bohaterki, rzecz jasna głównej. Rzadko kiedy zdarza się, żeby pierwszymi skrzypcami okazał się przedstawiciel płci niepięknej – biorąc pod uwagę, że w blogosferze przewaga ilości autorek nad autorami jest skrajna, można założyć, że wynika to z pewnych przyzwyczajeń, mniejszej lub większej chęci posiadania alter ego. Ważne jest jedno: dziś tworzymy właśnie bohaterkę!

6 listopada 2016

Fanfikowe ultimatum: lobotomia albo Avada!

Nie ma czasu na przywitania!
To, co teraz przeczytacie, jest wiadomością z ostatniej chwili: autorzy są niebezpieczni. Powtarzam: Autorzy. Są. Niebezpieczni. Jeśli życie Wam miłe, z telefonem w ręku czy laptopem pod pachą znajdźcie schronienie, byle szybko. Proszę zachować spokój! Żadnego przepychania!
(© RaRo81)
Hej! Za dużo nas pod tą peleryną-niewidką, nie mamy już po jedenaście lat!… Ech, dobrze – widać wszyscy już się umościli, stopy nam trochę wystają, ale w porządku, jakoś przejdzie. Teraz, kiedy pewne jest, że nie mamy żadnych szans na przetrwanie czystki, możemy po dziennikarsku rozpocząć rewolucję. Zabiją mnie za to, Was kropną za współudział, ale ktoś musi przerwać tę falę okrutnych zbrodni: bowiem autorzy, mimo zakazu prawnego, przeprowadzają w Polsce nielegalne lobotomie na bezbronnych, bogu ducha winnych bohaterach, którzy zawinili jednym – podjęciem próby racjonalnego myślenia. Niewinne istnienia tracą kontakt z rzeczywistością, na Mapie Huncwotów widać, jak bez celu drepczą w kółko od początku do końca opowiadania, a jeżeli to postacie kanoniczne, lobotomia nie wystarcza, trzeba dodatkowo przeprowadzić amputację charakteru, coby zapewnić swojej Mary Sue bezpieczeństwo w romansowaniu z jej niegrzecznym chłopakiem. Niemniej, amputacją charakteru i wypinaniem czterech liter na kanon zajmiemy się kiedy indziej, bowiem dzisiejszą niedzielę poświęcimy na taktykę starą jak blogosfera i jeszcze trochę. Jak wszyscy wiemy, czasem nawet z autopsji własnych tekstów, w schematycznych opowiadaniach nie istnieje coś takiego jak bohater zdolniejszy, fajniejszy, (…), a co najważniejsze: mądrzejszy od Mary Sue. Każdy w jej otoczeniu musi zostać ogłupiony do potęgi, coby w przyrównaniu nasza ukochana Maryśka mogła dumnie wystąpić przed szereg bezmózgów, niczym odpowiednik neandertalskiego Alberta Einsteina. Jednak najgorsze nie jest odarcie z szarych komórek każdego, kogo tylko się da, a konsekwencje, jakie ciągnie za sobą ten półśrodek.

30 października 2016

Dramione – Schematus Maximus!

Cześć, co tam, jak tam, heeej!
Serduszko mnie boli z powodu mniejszego zainteresowania Zbrodniami, jednak sama to na siebie ściągnęłam, znikając z powierzchni ziemi na miesiąc, jeżeli nie więcej. Dzięki Strefie Marud, gdzie tak ślicznie mi pomagacie, wiem, że więcej osób od dłuższego czasu liczy na post o perypetiach Draco i Hermiony, dlatego też strategicznie postanowiłam w tym tygodniu napisać właśnie o ich burzliwym uczuciu – temacie tak uniwersalnym, że każdy chętnie o nim poczyta i porówna swoje traumatyczne przeżycia z moimi. Sprawdźmy, czy przebywaliśmy w równie mrocznych odmętach internetu i jak zawsze odkryjmy, że nie trwaliśmy w samotności!
(© LittleChmura)
Nie ma co przedłużać, zjawisk mamy dość sporo do wspólnego przetrawienia, więc lepiej zabrać się za to od razu. Zacznijmy od klasyki, od schematu tak kultowego, że zbrodnią byłoby późniejsze zagranie na Waszych emocjach. Nie wiem, jak z innymi, ale u mnie stary jak świat pretekst z założeniem się o poderwanie Hermiony (albo jakiejkolwiek innej bohaterki – tak uniwersalna klisza!) aż wzbudza nostalgię. Chociaż tego nie pamiętam, mogę przyznać, że z pewnością we wczesno-nastoletnich latach popełniłam jakiegoś ficzka, w którym głównym narzędziem fabularnym był właśnie takiego rodzaju zakład. Co jest pięknego w tym zagraniu, to fakt, że może mieć dwie twarze: albo Draco buńczucznie stwierdza, że owszem, kto jak kto, ale JEMU uda się wyrwać tę sztywną szlamę!, albo Draco przegrywa jakiś niezwiązany z Hermioną czy jakąkolwiek inną mugolaczką zakład, a złowrogo zaśmiewający się w tle Blaise już zaciera rączki, coby spuścić na swojego przyjaciela magiczny odpowiednik bomby atomowej. Mianowicie: karą za przegranie zakładu okazuje się właśnie przymuszenie do romansowania z niepożądaną numer 1, naszą drogą Hermi. Rzecz jasna Hermiona, chociaż z początku jest nastawiona wrogo i nie potrzebuje fałszoskopu do wyczucia podstępu, nie zdaje sobie z niczego sprawy do momentu, kiedy między obojgiem zakwita już uczucie, a w takiej chwili obowiązkowym jest kategoryczne przerwanie sielanki. Wtedy Miona, za sprawą pewnego zrządzenia losu (często pomagają jej w tym skrzaty), dowiaduje się o niecnych planach Malfoya, o uwłaczającym jej godności zakładzie, o tym, że wszystko, do czego doszło, z jego strony było niczym więcej a manipulacyjną gierką. Wtedy pod nogi naszego (często nieświadomego ogromu uczucia, jakim darzy Granger) spada przeszkoda pozornie nie do przekroczenia – jak przekonać ukochaną, że chociaż faktycznie początki ich relacji są fałszywe, to to, co z nich wykwitło, prawdziwe i dobrotliwe?

23 października 2016

Demugolizacja postępująca

No drodzy państwo, witam wszem i wobec, głośno i z uczuciem, bo złożyło się tak, że nie mieliśmy okazji porozmawiać o tematach zupełnie nieistotnych w rzeczywistym świecie, a to zawsze wielka szkoda. Nie miałam głowy do prowadzenia bloga, może się przydarzyć, że raz jeszcze ją stracę, ale jak na razie z ambicją zbieram materiały do następnych postów, coby dostarczyć Wam nieco rozrywki czy pożywki umysłowej, chociaż skrywam nadzieję, że moje wpisy to coś więcej niż niedzielna dawka humoru z posypką memów i estetycznych fanartów.
(© RaRo81)
W tym tygodniu porozmawiamy o czymś, co w Strefie Marud zauważyła Czinczuś, autorka poprzedniego posta. Mianowicie o zastanawiającym schorzeniu, które nie dotyka tylko jednego fanfika na sto, czyli o obdarciu świata przedstawionego z jego nieodłącznego elementu, bardzo istotnej części kreacji – z mugoli. Bo chociaż w wielu tekstach ujemni magicznie przewijają się pod taką czy inną formą, rzadko kiedy dostają w przydziale coś innego niż bycie wykorzystywanymi do celów uzupełnienia, nie oszukujmy się, tła tła tła. O ile w fanfikach jest przyzwoicie pod względem różnorodności pochodzenia bohaterów – czystokrwisty, półkrwi, mugolak – i żadną trudnością jest znaleźć tekst o postaci, o której chce się czytać, tak już mugoli, a tym bardziej charłaków, można ze świecą szukać. Jak najbardziej rozumiem, że większość opowiadań bierze miejsce w Hogwarcie, a tam w naturalnych warunkach mugola ani charłaka się nie znajdzie, jednak mam na myśli pewien rodzaj ich reprezentacji w tekście. Na przykład: porównanie świata czarodziejskiego z mugolskim u bohatera wywodzącego się z niemagicznej rodziny (powiedziałabym, że jakakolwiek refleksja jest wręcz potrzebna w podobnym przypadku), zastanowienie się nad mugolskim światem, jego dynamiką, funkcjonowaniem, technologią przez czystokrwistą postać, a może nawet skonfrontowanie rzeczywistości z wątpliwej jakości podstawą edukacyjną nauczaną na mugoloznawstwie, coś, cokolwiek – zostawiam Wam tu pole do popisu, pewnie wpadniecie na coś lepszego ode mnie.

11 września 2016

Amputacja rodzicieli

Zdrówko, moi mili! Niedziela niedzielą, znów wisi nad nami bolesne widmo poniedziałku – nadszedł czas, byśmy się nawzajem wsparli krótką lekturą i późniejszą ciekawą dyskusją w komentarzach, która pochłonie nam pół dnia i zanim się obejrzymy, trzeba będzie kłaść się do wyrka. A doba zawsze zdecydowanie za krótka, żeby odpowiedzieć na wszystkie wasze komentarze i śledzić każdą dyskusję Zacznijmy zatem od schematu, o którego istnieniu – szczerze – po prostu zapomniałam. Za okraszone żartem przypomnienie dziękuję Czinczusiowi, prawdziwie niezastąpionej pod względem wsparcia, nie tylko tego w tworzeniu Zbrodni. Loff <3.
(© upthehillart)
Klisza ta jest stara jak świat, w blogosferze wałkuje się ją zapewne od samego zarania dziejów, więc może to jej oczywistość mnie oślepiła i dlatego amputacja rodzicieli (a często nawet całej rodziny) zdołała niepostrzeżenie umknąć z mojego pola widzenia. Powody występowania tego schematu uznaję za dość oczywiste – prowadzenie fabuły okazuje się znacznie prostsze, kiedy naszej Mary Sue nie dyszą w kark żadni głupi rodzice, bezczelnie wymachujący palcami na każde jej przewinienie i jeszcze oczekujący poprawy. Jest to również banalny sposób na wprowadzenie do tekstu, powiedzmy, głębi, przecież skądś nasza małolata musi czerpać niewyczerpalne pokłady powodów do emowania w kątku, a nie znajdziecie niczego lepszego niż stary jak świat trik z niesamowicie tragicznym (w opowiadaniach zwykle przedramatyzowanym do potęgi) wypadkiem samochodowym, z którego z życiem uchodzi jedynie biedna sierotka. Ewentualnie rodzice Mary Sue umarli w walce po stronie dobra, najczęściej z ręki samego Lorda Voldemorta czy Bellatriks, coby na wzór rozwoju historii Neville'a móc potem mieć poważne starcie z wyżej wymienionymi jednostkami. Nie zarejestrowano innych morderców państwa Sue (już na pewno Avady nie rzucił nikt z Malfoyów – nawet dla autorek zakazanych romansów taka przeszkoda jest nie do przekroczenia, co uważam za niesamowicie ciekawe), bo żadni inni książkowi się nie liczą, a jak już mordować (i łączyć z kimś losy Mary Sue), to wiecie: tak z klasą. Żadnych przeciętniaków!

4 września 2016

Przepis na miłość

Grüß Gott!
(Tak, przywitań zabrakło – nowy poziom desperacji ustalony na wstępie). Nadeszła niedziela, a wraz z nią spełniona obietnica kolejnego posta, chociaż nie jestem pewna, jak długo będę w stanie utrzymać tę rutynę – uprzedzam, że może przytrafić się tak, że oczekiwanie na nową nocię się troszkę wydłuży, ale koniec ze smutami oraz zapeszaniem. Czas zacząć cotygodniową tradycję, tym razem pochylając się nad najbardziej schematycznym schematem, jaki kiedykolwiek ukazał się nie tylko w fanfikach potterowskich, ale i w najróżniejszych internetowych tworach. 
(© upthehillart)
Mowa oczywiście o niczym innym, a właśnie o typowej niezdrowej relacji między głównymi bohaterami, rzecz jasna takiej zupełnie niezamierzonej. Autorzy słabych opowiadań przerażająco często są nieświadomi tego, jakie tak naprawdę związki kreują, tego, jakie wartości przekazują swoim tekstem, tego, jakie postacie stworzyli i jak bardzo to wszystko mija się z ich zamierzeniami oraz konceptem historii. Bo przecież na każdym zakątku internetu nie tylko da się natknąć na jakiś rodzaj niezdrowej, a nawet wręcz toksycznej relacji, od tego rodzaju opowiadań nie da się opędzić, nieważne, jak bardzo byśmy chcieli. Z każdej strony atakują nas mniej lub bardziej niepokojące zachowania, najczęściej ze strony bohaterów płci męskiej, zewsząd jesteśmy bombardowani eskalacją czynów schematycznego badboya w coś, co każdy bez żadnych oporów sklasyfikowałby jako przemoc w związku. Każdy oprócz głównej bohaterki, rzecz jasna. Ta nie tylko nie zauważa, że cokolwiek jest nie tak, w sytuacjach skrajnie nieakceptowalnych zachowuje się, jakby wszystko było najnormalniej pod słońcem, jakby to była jedyna prawidłowa norma i żadne odstępstwo od reguł. Co ciekawsze, nie tylko bohaterzy oraz autorzy cierpią na postępującą ślepotę rzeczy ewidentnych, zaskakująco często komentarze czytelników dają mi takiego raka z przerzutami, że nie wiem, dlaczego jeszcze nie jestem na chemioterapii. Dobrze, wiem – i tak nie ma ratunku. [*]

28 sierpnia 2016

Wszystkie twarze Mary Sue

Serwus, kochani. Mamy długo wyczekiwany weekend, a właściwie jego koniec, bo niedzielę, więc myślami już przy poniedziałku. (Wszystkim, którzy płaczą w kąciku, przygnieceni obowiązkami i dorosłością; wszystkim, którzy mają czelność mieć wakacje). Zeszłotygodniowa krótka pogawędka na temat – między innymi – Scary Sue sprawiła, że zapragnęłam omówić najczęściej spotykane w fanfikach potterowskich Maryśki, a zachowując zdrowy rozsądek, zdołałam wyróżnić dla was cztery najbardziej rzucające się w oczy typy. Zajmiemy się jednak tylko tymi pozytywnymi bohaterkami, nie wiem, czy dałabym radę ponownie wdepnąć w niewymowne, zapoznając się z rakogennymi ficzkami o bardzo, ale to barrrdzo złych nastoletnich śmierciożerczyniach… (Chociaż czego to ja nie zrobię dla garstki komentarzy, racja? Być może).
(© s-u-w-i)
Zacznijmy od typu, który najbardziej mnie irytuje, czyli od alternatywnej dziołchy. Takie bohaterki muszą wyróżniać się na tle innych, najczęściej rówieśników, dosłownie wszystkim, czym się da, dlatego zwykle po papie czy mamie w spadku dostają zdolność metamorfomagii, coby od małego móc wyrażać swoje Wnętrze poprzez zawsze idealny, tęczowy kolor włosów. Na śniadanko rażą w oczy różem, już podczas obiadu okręcają wokół palca niebieski kosmyk, który w nocy, kiedy serca dziewcząt tęsknią do niespełnionej miłości, staje się równie kruczoczarny, co nieprzenikniona ciemność nocy. Chociaż ta praktyka zdaje się być na wymarciu w fanfikach małymi kroczkami zbliżających się ku przeciętnemu poziomowi, możemy spotkać się też z zamiłowaniem do opisów ekspresji bohaterki poprzez ubiór, bo przecież nie jest to obrzydliwie zwykły – a fe! – rodzaj dziewczęcia obnoszącego się swoimi powyciąganymi swetrami, ojjj nie. Jednak alternatywność zewnętrzna nie zaspokaja tego typu postaci – obowiązkowo trzeba dorzucić jej jakieś zdecydowanie Wyższe hobby, takie wyróżniające się na tle zainteresowań przebrzydle przeciętnych nastolatków. Tutaj autorzy zachowują różnorodność – czasem ich alternatywna dziołcha lansuje się oglądaniem kreskówek, czasem powalającą umiejętnością rysowania, czasem zamiłowaniem do świata mugoli, a innym razem każdą z tych rzeczy, bo wiecie, chrzanić umór, niech nasza bohaterka będzie tak alternatywna, że nawet najbardziej alternatywni ludzie na świecie nie będą w stanie się z nią uosobić, a na dodatek jeszcze wywrócą oczami. Nie, to wcale nie koniec, fajnie by było, ale przecież dobrze wiemy, że sam wygląd i okazyjne hobby to nie wszystko, co składa się na tworzenie postaci.

21 sierpnia 2016

Problemy nastoletniej śmierciożerczyni

Hej, haj, helloł!
Niestety jak zwykle odnoszę wrażenie, że doba jest za krótka, żeby zrobić wszystko, co muszę, a tu jeszcze blog do prowadzenia…  Nie chciałam na całe pół miesiąca pozostawiać was bez postu, więc postanowiłam napluć niesprawiedliwości losu w twarz, udało się – za co pewnie później zapłacę –  i jestem. Trzeci raz od założenia Zbrodni rozpoczęłam post o Ronie, jednak znowu moje myśli popłynęły gdzieś indziej, nawet śliczniusie fanarty z rudzielcami nie dały rady mnie przekabacić, stety niestety. Za to mam dla Was zachmurzonego Severusa w króliczkowych kapciach, powinien zaspokoić głód, chociaż muszę zaznaczyć, że to gość nadzwyczajnie żylasty.
(© Harmleikur)
Jak już wywnioskowaliście z tytułu, dzisiaj omówimy jedną z najpopularniejszych twarzy fanfikowych Mary Sue – tę ociekającą mrokiem, głębią patetycznych przemyśleń oraz najwyższej jakości blogosferowym truizmem, tę, której z nosa wystaje jeden wielki Schemat (koniecznie przez wielkie S), tak bardzo jest nim przepełniona. Wszyscy doskonale wiecie, o kim mowa, wszyscy napotkaliście taką bohaterkę i – szczerze mówiąc – niekoniecznie musi przynależeć do śmierciożerców od kołyski, jednak kiedy dorzuci się do magicznego kociołka profesora Atomusa ten składnik, robi się naprawdę wybuchowo. Przed przystąpieniem do jakichkolwiek eksperymentów, osobiście wygłaszam najszczerszy apel pod adresem autorów: proszę, zanim popełnicie taką postać… zastanówcie się ze trzysta razy, czy aby przypadkiem odrobinkę nie przesadzacie. Czasem warto ograniczyć działanie weny twórczej, która nie zawsze jest najlepszym doradcą w kwestii logiki, a czasem jeszcze lepiej jest nie wrzucać wszystkich konceptów, nawet porządnych i dobrze przemyślanych, do wnętrza jednej postaci, bo istnieje wielka możliwość, że przesadzicie, aż pójdzie po korkach. (W tym miejscu chciałam uczcić pamięć po kanonicznym Ronie i zarzucić bardziej soczystym słówkiem, jednakże dałam radę się powstrzymać, pozostawiłam pole do popisu waszej wyobraźni, heh).

24 lipca 2016

Ponadczasowe parcie na przydział

Cześć i czołem!
Tę niedzielę postanowiłam poświęcić na coś troszkę innego, bo swój nieposkromiony strumień świadomości; mam nadzieję, że jest zdatny do czytania. Pomysł na omówienie tego zjawiska wpadł mi do głowy podczas opisywania Waszego zdecydowanego ulubieńca, czyli Evans, umówisz się ze mną?, jednak nie zrealizowałam go w następnym terminie z prostego względu: nie wiedziałam, czy zdołam stworzyć z tego pełnoprawny post, ale z braku laku postanowiłam spróbować. W pierwszej chwili, dla odpowiedniego zobrazowania, chciałam nazwać dzisiejszy temat drobiazgiem pod względem schematycznym, jednak poświęciłam moment na przemyślenie sprawy. Ostatecznie doszłam do wniosku, że może i owszem, nie jest to gigantyczna zbrodnia, za popełnienie której autorom należy się potrójne dożywotnie odcięcie od internetu, jednak pod jakąś formą przewija się przez prawie każdy tekst, z paroma chwalebnymi wyjątkami. 
(© MedaX6, oryginał Pottermore)
Z pierwszą formą spotykałam się najczęściej w fanfikach Dramione, ale nie oszukujmy się, takiego rodzaju tendencję do przesady można spotkać dosłownie wszędzie, nieważne, w jakiej erze osadzony jest tekst. Niemniej, wróćmy do przykładu Dracze i Miony: miłość tak bardzo zakazana na wszystkich możliwych poziomach, że nasze niewinne serca aż trzepoczą szybciej na samą myśl. A zakazana na oczywistej oraz liźniętej w zeszłym tygodniu linii czystokrwisty – mugolaczka, ale też na innej: Ślizgon – Gryfonka. Bo nie dość, że rodzina jest nastawiona przeciwko nim, chociaż z reguły nie zdążono ich wdrożyć w sprawę (a jak o tym myślę, to zainteresowani prawie nigdy nie obawiają się reakcji konserwatywnych rodziców Malfoya…), to jeszcze okazuje się, że uczniowie reprezentujący dwa główne (przyjmijmy łagodnie, że z perspektywy fanów) domy w Hogwarcie mają coś do powiedzenia w sprawie burzliwego związku naszych papużek nierozłączek. Owszem, jest tutaj podłoże do uzasadnionych kanonem konfliktów na tle klasowym, że to tak ładnie ujmę – jakby na to nie spojrzeć, taki Draco trzymał się w ścisłej grupie ludzi sądzących, że szlamy i zdrajcy krwi to takie dno, że już nic od spodu nie zastuka, no ewentualnie komuś niżej wyrwie się okazyjna „Cholibka!” I jasne, gdyby Draco nagle sobie pofolgował, pozwolił, by ktoś przyuważył go na romantycznych schadzkach w schowku na miotły z Granger, musiałby się liczyć z tym, że bliższy krąg znajomych dość ostro skrytykuje jego dobór partnerki.

10 lipca 2016

Uke i seme – fetyszyzacja kobiecości

Serwus!
Dzisiejsza nocia to znowu efekt inspiracji, tym razem całkowicie zaczerpniętej z tekstu, a nie bazującej na ładnych fanartach, jak było wcześniej. Za tę inspirację muszę podziękować Świniareczce Magdzie, która podesłała mi mnóstwo przykładów do różnych klisz, a pierwszym linkiem trafiła w dziesiątkę, łechcząc temat spoczywający gdzieś z tyłu mojej czaszki już od dłuższego czasu. Jak widać po tytule, dziś zajmiemy się bardziej ogólnym zjawiskiem, lecz tym razem dam odpocząć emo Harry'emu, który chwilowo przebywa u św. Munga po ostatniej scysji z diabolicznym Vernonem, niech chłopak jak najszybciej wraca do zdrowia, bo Severus czeka.
(© s-u-w-i)
Żyjemy w tak (nie?)fortunnej dobie internetu, że dosłownie żaden bloger (tak, piszę to z mentalną ręką na sercu, bo obie dłonie mam przyklejone do klawiatury) nie uchował się przed fenomenem slashu. Może niekoniecznie ten fenomen do niego trafił, ale zdaje sobie sprawę z jego istnienia gdzieś o, tam, po drugiej stronie internetu, a może opisane w dzisiejszym poście zjawisko jest powodem, dla którego podobnie jak ja obiecał sobie, że nieważne, jak zły obrót przybiorą sprawy, nigdy nie popełni tej zbrodni przeciwko swojemu zdrowiu psychicznemu i nie przeczyta slashu. Oczywiście nie jestem przypadkowym szczęśliwcem z drugiej strony internetu, oj nie, ja musiałam kolejny raz od założenia tego bloga złamać swoje przyrzeczenie i popełnić nieodwracalny błąd, czego częściowo żałuję. Chciałabym móc cofnąć się do tych pięknych dni, chciałabym nie uzależniać swojej wartości od liczby komentarzy na blogu, ale powiedzcie mi, moi drodzy – czego nie robi się dla łatki hejtera edukacyjnego? Na tak szlachetny i jedyny w swoim rodzaju tytuł trzeba sobie zapracować – może nie potem i krwią, ale na pewno łzami, wyczerpaniem psychicznym i cotygodniowymi spotkaniami z grupą wsparcia. Bo w gruncie rzeczy slash, jakkolwiek by na to nie spojrzeć, to zaledwie pięć liter, a tyle najrozmaitszych sposobów na zafundowanie czytelnikowi raka.
Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X