26 listopada 2017

Kanoniczna córka Voldemorta

Siemka, nieznajomi! Wreszcie znalazłam chwilę, która nie wydawałaby się zmarnowaną, gdyby spędzić ją na pisaniu Zbrodni, tak więc jestem i próbuję odnaleźć swój styl i humor sprzed miesięcy; uprzedzam, że może nie wyjść. (Na tę specjalną okazję, żeby uniknąć głupich wpadek, załatwiłam betę, Pirat, która kiedyś coś tu dla was naskrobała). Chociaż zdecydowanie nie nazwałabym tego bloga dumnie zakończonym projektem, jako że mam tu jeszcze parę rzeczy do opracowania, odczuwam sporą satysfakcję wynikającą z ilości i (powiedzmy: często) jakości znajdujących się tu materiałów, dlatego też gorzej u mnie z motywacją do kontynuacji bloga. Co wcale nie oznacza, że to dobry argument za tak długą przerwą – wybaczcie mi, miętkiemu wrażliwiątku. (Ale przyznajcie, aż wstyd tak porzucić blożka bez wypowiedzenia się na temat z rodziny Klasyków w fandomie potterowskim, prawda? Odezwało się we mnie poczucie obowiązku, przyznam). 
(© MitsouParker)
Chyba nikogo nie zaskoczę prostym stwierdzeniem, że najczęściej spadek po nad wyraz płodnym papie Voldemorcie dostaje się naszej ukochanej Hermionie Gra… tfu, Hermionie Riddle. Jasne, na milion dark!Hermione trafi się parę zagubionych czy złych do szpiku kości Ginny, imponująca garstka oryginalnych postaci, niemniej w fandomie to Hermiona zawsze wiodła prym i wieść będzie. W tym miejscu z pewnością znajdzie się ktoś, kto miał zupełnie inne doświadczenia niż ja: na odwrót, spotkał więcej OC Riddle niż Hermion i Ginny razem wziętych, jednak poświęćmy ten niedzielny moment na zastanowienie się, czy w sumie jest jakakolwiek różnica między najbardziej typową Hermioną Riddle a OC w tej samej roli? No właśnie. Niby wyróżnia się dwa typy córek Voldemorta, ale w gruncie rzeczy nieważne, czy za imię Hermiony podstawimy imię OC i na odwrót – w dziewięciu przypadkach na dziesięć otrzymamy niemalże jednakowy rezultat charakterologiczny. Dobra dobrej równa, zła złej też, nawet wątki poboczne często są do siebie zbliżone, a wcale nierzadko się pokrywają. (Co, jakby nie patrzeć, jest dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że w przeciwieństwie do większości schematów ten pozostawia dość szerokie pole do popisu dla kreatywności autorów, którym choć odrobinę powinno zależeć na zgarnięciu paru punkcików w kategorii: oryginalność).

19 lutego 2017

Halo, słyszy mnie ktoś? Współczujcie mi, odbiór!

Tak, moi drodzy, dotrwaliście do tego chwalebnego momentu – w życiu wrażliwiątka doszło do chwilowej motywacji względem pisania. Czysty szok i niedowierzanie, prawda? Też jestem zdziwiona, a jeszcze bardziej dziwi mnie źródło inspiracji na temat dzisiejszego posta. Zdradzić wam tę tajemnicę? Jesteście pewni? Ostrzegam, że nie spojrzycie na mnie tak samo, jak wcześniej (odpowiedni efekt dźwiękowy) – było to nic innego, a Dzieło nad Dziełami, czyli wstydliwy sekret mentalnych kur domowych: Pięćdziesiąt twarzy Greya. Wow, #shockfactor.
(© upthehillart)
Pewnie wystarczył sam tytuł tego ponadczasowego klasyka, by niektórzy samodzielnie wpadli na trop i wywęszyli, o czym dziś porozmawiamy. A jeśli nie, nic prostszego. Powiedzcie mi, jaki mroczny, mrrroczny sekret skrywał nasz schematyczny do bólu amant? Otóż szybko wychodzi na jaw, że Edwa… tfu, Christian Grey był w dzieciństwie molestowany oraz wykorzystywany seksualnie przez dorosłą kobietę, a jego ciągoty łóżkowe zostały wywołane przez właśnie tę traumę. Usprawiedliwienie jak każde inne, pewnie gdyby Fifty Shades było napisane lepiej niż jak przez buzującą hormonami nastkę, nie używałabym tego potwora jako przykładu, no ale – jak wiemy – nie było. Na nasze szczęście, rzecz jasna, bo jeszcze kolektywnie skończylibyśmy w zupełnie innym fandomie; znacznie bardziej wolę walkę z wiatrakiem w postaci największego bożyszcza fanonu, Dracona Malfoya, niż ze zbiegłym z internetu Christianem Greyem, który opanował prawie cały glob, a także omamił niemal połowę damskiej populacji z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami.
Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X